Strona:Maria Rodziewiczówna - Gniazdo białozora.djvu/260

Ta strona została uwierzytelniona.

Na rozpostartych potężnych swych skrzydłach nawznak leżał — królewski — obszarny władca pustkowia. Stalowe szpony zaciśnięte — zgasłe oczy ku słońcu zwrócone — na piersi krwawe plamy — — woda wsuwała go w tajnie szuwarów.
Spojrzał nań pan Michał.
— On! Samica została! A w gnieździe co? — zwrócił się do Ohryzki.
— Dwoje. Już krzepkie podloty.
Tedy „dwa Michały“ spojrzeli sobie w oczy — aż w dusze!
Michaś się z łodzi przechylił, odegnał pięścią wstrętnego, czarnego raka, który na ten zewłók już pełzł — i pod skrzydła wsunąwszy dłonie wyjął go z wody.
— Pogrzebać go chcesz?
— Tak. Pod węgielnym kamieniem naszego nowego domu! — odpowiedział powoli młody, składając zamordowanego swego ptaka na szuwarach w łodzi.
I nic więcej nie rzekłszy — ni złości słowa, ni pomsty, zawrócili ku dworowi — —

Hruszowa, 21 lipca 1931.

KONIEC.