Strona:Maria Rodziewiczówna - Jaskółczym szlakiem.djvu/154

Ta strona została przepisana.

Byli to ludzie zmęczeni już, chociaż jeszcze pracować nie zaczęli; znudzeni, choć czasu jeszcze nie mieli bawić się; wykształceni, maturzyści, z dyplomami różnych wydziałów, a niezdolni do żadnej karjery i praktycznego spożytkowania swoich wiadomości.
Najstarszy, kandydat praw, bawił stale w domu i zajmował się czytaniem podróży i odkryć geograficznych; młodszy, filolog, także od roku był w domu i oddawał się botanice i zbytkowemu ogrodnictwu; najmłodszy, gimnazista, uczył się licho, był słabowity i chorobliwie nerwowy. Ten nie okazywał nawet gustu do niczego i podczas wakacyj rzadko wychodził ze swojego pokoju.
Zresztą byli wszyscy dobrze wychowani, nie robili długów, nie miewali żadnych fantazyj i wegetowali w ciszy, nikomu wody nie mącąc.
Córki wegetowały podobnież i tylko jedna Zosia pracowała, myślała, utrzymywała dom na stopie dawnej, pilnowała ich i była zawsze na usługi.
Rozejrzawszy się po swoich dzieciach, Werbicz dalej pracował sam, nie winiąc ich, ani starając się do pracy nakłaniać.
Poco? Byli tacy, bo się takimi urodzili, a pracować nie warto. Może im się szczęśliwiej ułoży żywot wskutek apatji niż jemu, który żył za młodu zapałem i wiarą.
Zostało tedy wszystko po dawnemu. Myślał przez chwilę, aby ich pożenić; dla jednego wybrał Tedwinównę, dla drugiego Ritę Różycką. Myślał, ale im o tem nie powiedział, bo w rodzinie tej nie poruszano nigdy osobistych kwestyj, młodsi zaś nie mieli ochoty do małżeństwa.
Myślał też, że warto Zosi oddać fundusz po matce, ale skądby dopełnił w budżecie procent od tego kapitału, którego lat tyle używał? Zostało więc wszystko po dawnemu.
Na starość Werbicz, w chwilach wolnych, lubił czytywać gazety, palić mocne cygara i pić herbatę. Te trzy niewinne przyjemności zapełniały mu długie,