Strona:Maria Rodziewiczówna - Jaskółczym szlakiem.djvu/194

Ta strona została przepisana.

— Ho, ho masz już majątki w gubernji wileńskiej! Nauczże nas, w jaki sposób je nabyłeś. To sztuka! — zawołał Jawornicki.
— Wziąłem po żonie.
— Umarła?
— Co znowu? Żyje!
— No, to jakże możesz brać spadek po żyjącej? Co żony, to nie męża. Proś Boga o dzieci, bo inaczej to jesteś takim właścicielem, jak kij na gruszce.
Zawirski poczerwieniał, wydął wargi, zmrużył oczy, ale milczał, bo stary był superarbitrem jutrzejszego kompromisu i miał córkę jedynaczkę.
Wzruszył więc tylko z politowaniem ramionami i zwrócił się do Werbicza.
— Kiedy rzecz się ułoży, liczcie na mnie.
— Aha, ułoży się! — mruknął Różycki, widząc, że przy stole zostali znowu we czterech, gdyż reszta obstąpiła szczelnie zielone stoliki.
Wtem drzwi skrzypnęły dyskretnie, a Jawornicki, śmiejąc się, ramiona wyciągnął.
— A, a, a, szanownego pana Józefa witam. Gdzież to bywałeś? U panienek?
— Nie, u chłopczyków, visa à-vis! — odparł wesoło głosik Józefa Jamonta.
— Cóż, jakże tam idzie? Ostro?
— Nieźle: pięć tysięcy leży na stole. Szalenie idzie karta pańskiemu synowi! — zwrócił się do Zawirskiego.
Zerknął na graczów, potem na zakąski, połknął ślinę i dalej opowiadał:
— I pan Zygmunt szczęśliwy, tylko nasz Wiktor nie w tonie. Ale to sobie wynagrodzi wieczorem.
— Co? Gdzie? — pytał ciekawie tłuścioch, gdy Tedwin ojciec ani się obejrzał.
— Będziemy en bonne fortune! — szepnął Józef.
— Opowiadajże, opowiadaj! Siądź tu bliżej!
— W gardle mi zaschło od kredy i dymu.
Zawirski dał znak służbie. Wnet na stole zjawiło się kilka butelek, do których miłośnie zaśmiały się oczka Józefa.