Strona:Maria Rodziewiczówna - Jaskółczym szlakiem.djvu/196

Ta strona została przepisana.

Tłuścioch słuchał ploteczek Józefa, gracze zatopili się w kartach. Zawirski wciąż kogoś witał, gościł, przeprowadzał.
A Różycki tymczasem wszedł do stancji młodzieży.
Tu panowała też noc, uczyniona z dymu, kurzu i natłoku.
Drzwi do sąsiednich numerów były pootwierane, ale pomimo to, czy z powodu gorąca, czy dla wygody, większość młodzieży była w wielkich negliżach i wciąż narzekano na upał.
Gęsto bo było jak w ulu i każdy robił co, mu się podobało.
Ludwik Tedwin wymyślał po furmańsku czarnemu faktorowi, trzymając go za brodę; ktoś na brzegu stołu, zarzuconego odzieżą, jadł spóźniony obiad; dwóch się myło przy pomocy żydka lokaja i swoich stangretów.
Stefan Holanicki, siedząc na oknie, próbował harmonji, gwiżdżąc jakąś arję; młody Stocki umawiał kandydata na strażnika; ktoś drugi godził kucharza; Wojnicz targował się z żydówką o żelazo do pługów; każdy był zajęty, rozbawiony i krzyczał jak w lesie.
U samych drzwi młody Zawirski stał z faktorem i dwiema dziewczynami w różnych spódnicach i przypatrywał się im przez szkiełka.
Gra w karty toczyła się na łóżku, na którem wylegał się Zygmunt Holanicki; stół reprezentowała poduszka, na której bez ceremonji pisano węglem, ołówkiem lub atramentem.
Tam panował zgiełk najdoskonalszy, śmiechy, drwiny z przegrywających, koncepty, niemożliwe do powtórzenia.
Różycki, nawykły do tego widoku i obyczajów, zaraz na wstępie zaczepił Zawirskiego.
— Żebyś włożył i drugą parę szkieł, dziewczęta pozostaną szpetne — rzekł żartobliwie.
Ale już go spostrzeżono i zaczęto witać.
Ludwik Tedwin z zadowolenia aż uwolnił brodę faktora ze swej dłoni i zbliżył się z uśmiechem.