Strona:Maria Rodziewiczówna - Jaskółczym szlakiem.djvu/208

Ta strona została przepisana.

— O, gdybym ją miał!
Zaszemrała krew w głowie Kostusia.
Wtem kobieta drgnęła i zwróciła się półtwarzą do pokoju, opuszczając ręce.
Ktoś drzwi otworzył i zcicha się odezwał:
— Pozwoli pani siebie powitać?
— Wolałbym, żeby to pan uczynił w dzień! — odparła spokojnie. — Dziecko moje śpi i nie chciałabym go rozbudzać.
— Zachowam wszelkie ostrożności — odparł już wyraźniej głos Wiktora. — W dzień nie ośmieliłem się złożyć wizyty, aby nie narazić pani na plotki.
— Spóźniona ostrożność. Nie można być więcej skompromitowaną, jak ja przez pana! — odparła kobieta zimno i pogardliwie, zbliżając się do stolika i zapalając lampę.
— Ktoś mnie oczernił!... — oburzył się.
— Nikt! Pan sam siebie wobec mnie. Powiedział pan, że byłam pańską kochanką. O tem wie cały świat.
— Inaczej do mnie mówiłaś, gdyśmy się widzieli raz ostatni, Helo! — szepnął czule.
— Nie pamiętam już... i tak daleko są te czasy ode mnie, że nawet nie czuję już żalu do pana.
— Kochałaś mnie, mówiłaś! Ja pamiętam.
— Mówiłeś to sam pan zapewne.
— Nie przeczę. Jesteś tak piękna, panujesz dotąd nad memi nerwami! Ludzie nas rozłączyli... Cierpiałem tyle! Tyle lat.
— Ja zaś codziennie Bogu dziękuję, że to już minęło.
— Czyż bezpowrotnie?
Kobieta, zapaliwszy lampę, zamknęła okno i zapuściła firankę.
— Pogodzą się! — mruknął Kostuś. — Pójdę i pogruchocę mu kości przynajmniej.
Wstawał już, gdy go do miejsca przykuł gwar u furtki.
Była to Rita ze swem towarzystwem, wracająca ze spaceru po rzece.