Strona:Maria Rodziewiczówna - Jaskółczym szlakiem.djvu/256

Ta strona została przepisana.

Pan Erazm nie wrócił wprost do Kostusia.
Potrzebował ochłonąć. Za nic nie wyznałby mu prawdy.
Gdy przyszedł wreszcie, zdobył się na wesołość.
— Zawirski uznał swą winę. Sprawa skończona. Chodźmy uspokoić nasze panie. Jechaliśmy na sekundantów, będziemy świadkami na ślubie — zawołał od progu.
Kostuś zdumiał.
— Nie stanie do rozprawy ani on, ani Wiktor? — spytał, uszom nie wierząc. — Żebym wiedział, że tak się skończy, nie podniósłbym nań ręki, ale laskę. Twardą mają skórę!
Roześmiał się szyderczo, aż pobladł Różycki z upokorzenia.
— Chodźmy do dworku, zapomnijmy o tem: Szymku, napisz słów parę z uspokojeniem dla Rity i wyślij konnego...
— Poco? — odparł Szymon, ramionami ruszając. — Ona była zupełnie spokojna. Przepowiedziała, że sprawa nie skończy się prochem i ołowiem, ale śliną i winem!
— Miała, jak zwykle, rację — rzekł Kostuś.
Nazajutrz cała okolica wiedziała, że Kostuś pijany zeszedł Zawirskiego u narzeczonej, że do niego strzelał, ale go ubezwładnił i za drzwi wyrzucił Wiktor Tedwin.
Inni przeczyli temu i dowodzili, że pokłócono się przy kartach. Jamont przegrał i nie chciał płacić, więc go Zawirski nazwał podłym, a tamten rzucił się na niego i omal nie zabił lichtarzem.
Szczęściem wieści tych nikt nie doniósł do dworku, bo Konstantego ślub znowuby uległ zwłoce
Ale brudy nie przekraczały furty panny Stefanji, a zakochani unikają ludzi, więc w oznaczonym dniu, bardzo rano, po spowiedzi i mszy, Kostuś ukląkł z wdową u stóp ołtarza i przysięgli sobie wiarę do śmierci.
Twarda jego, spracowana dłoń uścisnęła mocno jej pracowite palce i stary ksiądz im pobłogosławił.
W dworku panny Stefanji ciasno było od kufrów.