Strona:Maria Rodziewiczówna - Jaskółczym szlakiem.djvu/259

Ta strona została przepisana.

Jechano trzema powozami. W pierwszym Kostuś z żoną i Tolą, w drugim Rita z Adasiem i Jadwisią, wkońcu pan Erazm z panną Felicją i Szymkiem. Stefan wprosił się na kozioł do Kostusia, ale na drugiej wiorście wyniósł się do młodzieży.
— Oni tam tacy nudni jak żydy po szabasie! — rzekł.
Trafił do wesołości; aż się dziwił, skąd Jadze się wziął dowcip i rozum, a dla Rity nabrał uwielbienia. Nawet Adaś był niezwykle ożywiony i rozmowny.
Zato w ostatnim powozie nikt się nie śmiał. Pan Erazm wydawał różne polecenia Szymkowi, wykładał mu interesy i porządek.
Trochę rdzawych liści słało się już po drodze, łąki srebrnemi były osnute pajęczynami, niebo bledsze, chmur gęściej, a w powietrzu zapach ruszonej pod siewy roli. Panna Felicja milcząca rozglądała się wokoło, zapach ten wciągając w płuca; chwilami parę cichych łez spływało jej po twarzy.
Nareszcie już i stacja się ukazała, zieleniejąca dachami wśród szarego krajobrazu.
Stanęli na rozdrożu, wśród którego krzyż stary stał, pochylony latami. Na jego ramieniu kilkanaście ptasząt wędrownych odpoczywało, żałośnie świergocąc.
— One tak odlatują jak i my — rzekła panna Felicja — tylko że one wrócą z wiosną, a ja już nigdy.
Powóz się zatrzymał — staruszka wysiadła i poczęła u stóp krzyża zbierać źdźbła rdzawych wrzosów i macierzanek.
Wysiadł za nią pan Erazm i tak stanęli oboje, patrząc po tej szarej, pustej równinie.
— Dałby Bóg ją utrzymać! — rzekł.
— Nie wiem komu z nas ciężej: pani, co jej już ujrzeć nie ma nadziei — czy mnie, co patrzę wiek cały, jak z rąk nam się wymyka, ginie, stacza się do ruiny.
— Nam ciężej — rzekła — bo lżej jest temu, kto jeszcze matkę ma, choć biedną i chorą, jak temu — co został sierotą.