Strona:Maria Rodziewiczówna - Kądziel.djvu/80

Ta strona została uwierzytelniona.

— ofiarował się Włodzio, nie śmiejąc drwić, chociaż mu twarz drżała od śmiechu.
— A jakże! Mam cały arkusz sprawunków! — westchnęła pani Taida. — Pokażesz mi też swe mieszkanie.
Nazajutrz rozpoczął się znowu korowód, tylko Ozierska zasiadła też w salonie, by pomóc, bo pani Taida była zupełnie odurzona. Stawiło się siedem kandydatek. Z tych trzy zaraz się cofnęły, dowiedziawszy się, że to posada w domu bez gospodarza.
— Zrozumiałam, że mam wyręczyć panią domu u wdowca! — rzekła jedna tonem obrazy, że ją turbują do pomocy kobiecie.
Dwie obraziły się, że nie miały osobnej służącej i że mają dozorować udoju — w oborze, w nawozie.
— Nie pochodzę z domu szafarek.
Jedna była srodze dotknięta, że za taką ilość roboty ma otrzymać tylko dwieście rubli.
— Pani żartuje chyba. Moja matka płaciła drożej garderobianej!
Ostatnia wreszcie zgadzała się na wszystko, ale nie miała pojęcia, na co się zgadza, bo przez całe życie nie wyjeżdżała z Warszawy, tylko do Wilanowa, a zajmowała się dotychczas lekcjami muzyki.
Już po trzeciej zjawiła się jeszcze jedna. Była to gruba kobiecina, w czepku na bakier, z wypiekami na twarzy.
— Tu szukają gospodyni na wieś! Ja pojadę! Co