Strona:Maria Rodziewiczówna - Macierz.djvu/95

Ta strona została przepisana.

Ale Pokotynka jadła chciwie, snać bardzo głodna i zdrożona, oglądała się po ludziach, rozpytywała sama, do zwierzeń wcale nie skora.
Na natarczywe pytania odpowiadała ze śmiechem.
— Czyj chłopak? Mój! Dosyć mu. Mam dla niego w piersi mleko! Co mu więcej potrzeba!
Nie wspomniała Szczepańskiego, ale obecni się rozgadali i dowiedziała się, że z wiosną sąd na niego był, dużo świadków włóczyli — i Bielak jeździł — i on go obronił najlepiej, świadectwem że pijany wówczas był i tylko skazali go na pięć lat więzienia.
— Świat cały strzęśli, szukali ciebie, do sądu. Jeszcze cię teraz pociągną, zobaczysz.
— Bielak panuje? — spytała.
— Wyjechał w zeszłym tygodniu. Gadają, że z żoną się rozwodzi, a będzie Jasińską brać.
— A o Marku nic nie słychać? — zagadnęła.
— Jakże! W katorgi poszedł.
Dokończyła jeść Pokotynka, i poszła na targ. Wróciła już późną nocą — wprosiła się na nocleg do szynku. Zelmanowa przyjęła ją — na rachunek dalszych dostaw suszonej ryby — pozwoliła jej ułożyć się na ławie przy piecu, rozpytała o dalsze projekty. Pokotynka rzekła, że ino parę dni zabawi, i znowu za rzeki pójdzie — na służbę. Ale już nazajutrz dowiedział się o niej uradnik i wezwał ją do „stanowego“. Kobieta, nie okazując żadnej trwogi poszła.
Znalazła się znowu w tej wielkiej bielonej izbie, gdzie zeszłej jesieni stał Szczepański. Rozejrzała się po ścianach, twarz jej na chwilę skurczyła się bólem,