Strona:Maria Rodziewiczówna - Na fali.djvu/178

Ta strona została przepisana.

Zresztą brak kobiecego starania i zajęcia wszędy się czuć dawał.
Pani Joanna oprzytomniała zupełnie.
Poklęczala chwilę u zwłok, potem zabrała się do czynienia porządku.
Ludzi niepotrzebnych odesłała do roboty, dom kazała sprzątnąć, rozmówiła się z kucharką, posłała po żałobę dla siebie i chłopców, a wreszcie zamknęła na klucz mieszkanie mężowskie i klucz ten zatrzymała przy sobie.
Potem wydała rozporządzenie, kogo prosić na pogrzeb, i zaraz poszła do spiżarni, piwnicy, obór i stajen.
Tylko kasę zostawiła przy Józefie i nawet nie spytała o koszt żaden.
Nazajutrz zjawił się Maltas. Chwilę zabawił u zwłok, wpatrzony w oblicze starego kolegi.
Podbródek mu się trząsł i oczy z poza szkieł okularów mrugały wzruszone.
Potem, pożegnawszy się, spytał Piotrusia o brata i ruszył do kantoru, gdzie chłopak u biurka coś pisał.
— No i cóż! — zapytał z progu. — Testament?
— Nic nie wiem! — odparł Józef obojętnie.
— Znaleźli pieniądze?
— I tego nie wiem. Mam tyle niecierpiącego zwłoki zajęcia. Nie pomyślałam o tem.
— Zdaje mi się, że przegraliśmy! — mruknął stary markotnie. — Moja wina... Trzeba było lepiej pil-