Strona:Maria Rodziewiczówna - Szary proch.djvu/174

Ta strona została przepisana.

Nikt nie odpowiedział. Postał chwilę, namyślając się, równie prędko do Rufina zawrócił. W chałupce świeciło się przecie. Wpadł żywo do środka.
— Jest Rozalka? — zdyszany spytał.
— Jestem — odparł głos dziewczyny, bardzo zmieniony.
— No, to chwała Bogu! — rzekł, oddychając z ulgą.
Obejrzał się dopiero po izdebce, Rufina dłoń uścisnął.
— Kto tam jeszcze w kącie siedzi? — spytał.
— Swój — rzekł rzeźbiarz. — Marcinek.
— Wiecie, że Szwedasa aresztowano? — zagadnął ciszej.
— Wiemy — odparł Rufin głucho.
— Jakże to było? Wiecie? Znaleźli co przy nim? — badał zajęty i niespokojny.
— Ktoś wydał widocznie... Przed Szydłowem z lasu wyjeżdżał, gdy go opadli. Był wóz pełen. Zabrano wszystko.
— Z was trojga nikogo nie zaczepiono?
— Nikogo tymczasem. To dopiero początek.
— Któż wydał? Tego hycla ogniem piec, za nogi wieszać...
— Nieminie go kara — uroczyście Rufin wymówił. — Dziesięciu wyda, stu — zostaną jeszcze tysiące na zemstę...
— Kto on? — Niemacie posądzenia na nikogo?
— Dotąd nie. Wczoraj wieczorem to się stało. Rozalka przed chwilą z wieścią przybiegła. Marcinek na noc dalej pójdzie.