Strona:Marja Kossak-Jasnorzewska - Zalotnicy niebiescy.djvu/10

Ta strona została uwierzytelniona.

a pognieciesz mi świeżo odprasowaną suknię... Szarpnąwszy się mocno. Nie, no puść — naprawdę, cóż za pomysł, mój drogi — — —
JERZYPobłażliwie i z pewnym tryumfem. A widzisz, czy ja nie mam racji? Czy tak nie jest oddawna? Niedorzeczne teorje, co? Djagnoza, nic więcej? Muljer frigida! Gdybyś wiedziała, jak reagują w takiej chwili inne kobiety! Za oknem, po którem deszcz spływa mignęła się przechodząca, ciemna sylwetka. O! Milan właśnie przechodzi. Puka w szybę, daje znaki. Chcę z nim pomówić, może coś wie o naszych lotnikach.

SCENA 2: CIŻ, MILAN

Puka i wchodzi porucznik Milan.
JERZYWyciąga ku niemu obie ręce. Jak się ma kochany porucznik? No, jakież wiadomości?
MILANKłaniając się i całując w rękę Nolę. Moje uszanowanie pani doktorowej. Przepraszam za mój strój, ale pan doktór wezwał mnie... Panie doktorze, miał pan jednak słuszne obawy. Przykra sprawa! Był przed chwilą fonogram z Ludzidzimierza. Samolot rozbity. Co z pilotem, nie wiemy jeszcze, bo nie pilot, ale posterunk policji nadał fonogram...
JERZYSzczerze zmartwiony. No i macie! Więc albo Jastramb, albo Brodziec? No dajcie spokój!
MILANPosępnie. Albo Jastramb albo Brodziec. Nikt więcej nie startował... ale cóż! To nasz chleb powszedni!
JERZYBiorąc się za głowę. A! co ja mam z wami!
NOLACicho, wstając ze swego miejsca, błędna, oczy szeroko otwarte. Nie, nie! Na miłość boską! — to niemożliwe!!
Błysk, piorun blisko.
JERZYZmartwiony. Brodziec, żonaty i dzietny... albo Jastramb, bardzo dobry pilot, wybitny myśliwiec...