Strona:Mark Twain - Pretendent z Ameryki.djvu/13

Ta strona została przepisana.

w St. James — poprzez wszystkie urzędy aż do konsulatu na jednej z pokrytych guanem skał prowincji Sunda — pobory wypłacane w Guano — ta skała została zniszczona przez wybuch wulkanu w wilję dnia, w którym nazwisko moje miało być wniesione na listę aplikantów. Ma się rozumieć, że powinienem był otrzymać stanowisko dość dostojne, któreby odpowiadało moim wyjątkowym i rzadkim doświadczeniom. Przez powszechne głosowanie tej gminy, przez aklamację ludu, tej najpotężniejszej formy wypowiedzenia się, która koryguje prawa i kodeksy, i od dekretów której niema apelacji, zostałem mianowany dożywotnim członkiem Korpusu Dyplomatycznego, reprezentując rozliczne władze i cywilizację świata przy Dworze Stanów Zjednoczonych Ameryki. Procesje z pochodniami odprowadziły mię do domu.
— To nadzwyczajne, pułkowniku, wprost nadzwyczajne.
— Jest to najzaszczytniejsze stanowisko na całym świecie!
— Tak przypuszczam. I najbardziej nakazujące.
— Powiedziałeś. Pomyśl nad tem. Zmarszczę brwi — i wybucha wojna; uśmiecham się, i walczące narody składają broń.
— To straszne. Mówię o odpowiedzialności.
— Drobnostka. Odpowiedzialność nie jest dla mnie ciężarem; przywykłem do tego; zawsze zwalano ją na mnie.
— Ale ta praca! praca! Czy musisz brać udział we wszystkich posiedzeniach?
— Kto, ja? Czy Cesarz Rosji bierze udział w zjazdach gubernatorów prowincji? Siedzi spokojnie w domu, i dyktuje swoje kaprysy.
Waszyngton milczał przez chwilę, następnie głębokie westchnienie wyrwało mu się z piersi.
— Byłem dumny przed godziną! A teraz mój mały awans wydaje mi się tak nędzny. Pułkowniku, przybyłem do Waszyngtonu, ponieważ jestem wybrany posłem na kongres z Cherokee Strip!
Pułkownik zerwał się na równe nogi i wybuchnął niezmiernym zachwytem.
— Podaj mi rękę, mój chłopcze — ależ to bardzo ważna nowina! Winszuję ci z całego serca! Moje przepowiednie sprawdziły się. Zawsze mówiłem, że to cię czeka. Zawsze mówiłem, że urodziłeś się do najwyższych zaszczytów i otrzymasz je. Zapytaj Polly, czy nie mówiłem tego!
Waszyngton był zaskoczony tym nieoczekiwanym wybuchem.
— Ach, pułkowniku, to nie ma z tem nic wspólnego. Ten mały ciasny, spustoszały, bezludny, podłużny skrawek trawy i żwiru, zagubiony w odległych obszarach olbrzymiego kontynentu — no, to tak, jak gdybym reprezentował stół bilardowy, i do tego wybrakowany...
— Sza, sza, jest to ważny awans i zapewnia ci szerokie wpływy.
— Ts, pułkowniku, ależ ja nie posiadam nawet prawa głosu.
— To nic; mowy możesz wygłaszać.
— Nie, nie mogę; ludność wynosi zaledwie dwieście głów.
— Doskonale, doskonale.
— Nie mieli prawa mnie wybrać; nie jesteśmy uznani nawet za terytorjum; akt o uorganizowaniu nie został jeszcze ogłoszony. Rząd niema najmniejszego pojęcia o nas.
— Nie martw się tem; ja ci to przeprowadzę. Nie będę z tem bałamucił — zorganizuję was w jednej chwili.
— Zechciałbyś to zrobić, pułkowniku? O, to zbyt łaskawie z twojej strony; ale oto stoi przed tobą twój prawdziwy sobowtór, twój stary wierny przyjaciel — i łzy wdzędzności popłynęły z oczów Waszyngtona.
— To tak, jakby już zrobione, mój chłopcze. Podaj mi dłoń. Weźmiemy cugle w swoje ręce. Ty i ja, i pokażemy jak się jedzie.


ROZDZIAŁ III.

Pani Sellers wróciła właśnie, uspokojona, i zaczęła wypytywać Hawkinsa o jego żonę, i o dzieci, i o ilość ich, i t. p. Badania te doprowadziły do szczegółowego opowiedzenia historji następujących po sobie wzniesień i upadków całej rodziny, oraz przygód, które ich spotkały na Dalekim Zachodzie w przeciągu tych piętnastu lat.
Nagle zjawił się posłaniec i pułkownik wyszedł, by załatwić jakiś interes. Hawkins skorzystał ze sposobności i zasięgnął informacji, w jaki sposób świat obszedł się z pułkownikiem w przeciągu ostatniego piętnastolecia.
— O, obszedł się z nim tak, jak zwykle; gdyby nawet pragnął zmienić swe postępowanie, to on nie dopuściłby nigdy do tego.
— Wierzę w to z łatwością, pani Sellers!
— Widzisz — on się nie zmienił — ani na jotę — jest zawsze Mulberrym Sellers!