Strona:Martwe dusze.djvu/082

Ta strona została uwierzytelniona.

szły nieznacznie do innego przedmiotu, a w końcu zaniosły go Bóg wie gdzie. Myślał o szczęśliwém życiu w towarzystwie; o tém, jakby to dobrze było pędzić czas razem z przyjacielem, na brzegu jakiejkolwiek rzeki; następnie jął na téj rzece most budować, daléj dom ogromny, z tak wysokim belwederem, że można było z niego Moskwę widzieć, i gdzieby się wieczorem piło herbatę, na otwartem powietrzu, i rozmyślało o jakich przyjemnych rzeczach; potém jeszcze z Cziczikowem zajechał w pysznéj karecie na jakieś zebranie, a najwyżsi urzędnicy dowiedziawszy się o ich tak ścisłéj przyjaźni, mianowali ich jenerałami, i Bóg wie co tam jeszcze czego on sam nawet nie umiał sobie wytłómaczyć. Raptem przyszła mu na myśl osobliwsza prośba Cziczikowa i wspomnienie to jakoś fałszywie zadźwięczało w jego głowie: Chociaż wykręcał tę rzecz na wszystkie strony, nie mógł jej jednak sobie wytłómaczyć, i tak paląc fajkę przesiedział aż do saméj kolacyi.


Rozdział III.

I Cziczikow siedział na swojéj bryczce toczącéj się po drodze, co się zowie w dobrym humorze. Z poprzedniego rozdziału widać, czego szukał i do czego dążył, nie dziw zatém, że cały zagłębił się w swoich myślach duszą i ciałem.