Strona:Maryan Gawalewicz - Szkice i obrazki.djvu/95

Ta strona została przepisana.

Zatrzymali się; od brzegu zdążał ku nim ktoś, biegnąc z pośpiechem i machał rękoma.
Próbował rozpędzać się i ślizgać, ale mu nogi zarywały się w śnieg i potykały.
Wulf Bohn rękę przyłożył do oczu, bo mu źle było patrzeć pod słońce, czerwone, jak pomidor i rozżarzone, jak miedź topniejąca.
— Matthisen?!... do tysiąca dyabłów, Matthisen! — zawołał zdziwiony — to on!... poznaję go pochodzie. Halo!... halo!... Matthisen!... a nuże, zdzieraj nogi, chłopcze!... Sam tu, czekamy!... Bywaj, bywaj!...
Zezowaty Boi Rudersen skrzywił się niechętnie i mruknął:
— Potrzebny nam, jak piąte wiosło!...
— No, dlaczego? — spytali inni.
— Będzie się wlókł za nami, jak ogon. Szpitalny zdechlak!.. albo to dojdzie?...
— Co niema, dojść?.. widzisz przecie, jak śmiga pośniegu.
— To i cóż!... ustanie w pół drogi.
— Coby miał ustać!... Halo Matthisen!... nie żałuj nóg! wołali do niego Wulf i Krystyn Lorenzen, czwarty towarzysz zachęcająco.
Uciekinier ze szpitala pędził, co sił, aby ich dopaść. Zziajany, zdyszany, dobiegł wreszcie i zaczął się ściskać z nimi z radości.
— A zkądżeś się tu wziął?.. jak się masz?.. zdrów jesteś?..
Nie mógł odrazu tchu złapać, lecz się przemógł i odpowiadał po chwili:
— A jestem!... widzicie, że jestem!... A co?..