Strona:Moi znajomi.djvu/020

Ta strona została uwierzytelniona.


— Pod głowę przyniosłam... Niechże otworzą...
I szła prosto na trumnę, szerzej jeszcze otwierając oślepłe oczy, aż rękoma jej dotknąwszy o krok się cofnęła z głuchem jakiemś mruczeniem.
— Kazia! — zawołała znowu, ale głos jej złamał się nagle, a usta zapadłe w milczeniu poruszać się zaczęły.
Zakonnica kiwnęła na posługaczy. Jeden z nich zsunął z trumny nieprzybite jeszcze wieko.
Wtedy to ukazała mi się woskowo-żółta twarz zmarłego, do której przywarł jakiś wyraz twardy i posępny. Na zapadłych piersiach złożone były ręce, w których tkwił papierowy, jaskrawo malowany obrazek, wyciągnięte nogi strasznie wypoczywały po wszystkich kursach z «listem» i «z posyłką».
Obecni zaczęli się przysuwać i wspinać na palce.
Wtedy drugi z posługaczy podłożył ręce i podniósł w połowie trupa.
— Dawaj pani, bo ciężko! — przemówił do starej.
Ale stara nie puszczała chusty.
— Gdzieżbym ja komu?... Ja... matka — mruczała, stukając grubym swoim kijem po sto-