Strona:Moi znajomi.djvu/054

Ta strona została uwierzytelniona.


— Ruszajcie się, ruszajcie! Spuścić maszt naczelny! Żywo! Żywo! Niżej! Rozepnijcie dolny żagiel! Żywo!
— Żeby ich piorun z ich wyciem! — dodawał pod adresem rozpaczającej załogi.
— W kajutach siedzieć! Do kajut! Do kajut! Na bok!...
Pracował sam za dziesięciu, czuł, jak mu pot czoło zalewa.
— W tył! W tył! — krzyczał ochrypłym z wytężenia głosem. — Dodajcie dwa żagle! Nazad na otwarte morze! Nazad!... Nazad!...
W tem rrrum! Maszt główny runął z piekielnym hukiem, a Kaputkiewicz zerwał się i usiadł na łóżku. Serce mu biło jak dzwon, usta miał zaschłe od krzyku, czoło oblane potem.
Zmiarkowawszy atoli, że jest we własnej izbie, uspokoił się, westchnął, przełknął ślinę, otarł drżącą ręką czoło, przeżegnał się krzyżem świętym i znowu zasnął.
Teraz śniło mu się, że jest szekspirowskim Prospero i wywołuje burzę...
Widział się dostojnym starcem w obszernej, bramowanej futrem szacie i w głowę zachodził nie mogąc sobie przypomnieć, na jakie raty wziął ją od Klemfisza, który go stale odziewał. Dręczyło go to zrazu niezmiernie, lecz uspokoił