Strona:Moi znajomi.djvu/056

Ta strona została uwierzytelniona.


Naraz podniósł runiczną laskę swoją. Grom ryknął w powietrzu, fosforyczne światło zalało cały widnokrąg, a na rozdartych chmurach błysnął ognistym wężem napis:

«Kaputkiewicz fecit».

Niepohamowana pycha rozdęła zapadłą pierś starego maszynisty, zatykając mu oddech, dusząc go niemal. Był mistrzem, był silnym, był wielkim, wielkim, wielkim. Szekspir wydawał mu się żakiem, a dyrektor trupy ziarnkiem piasku, lichem ziarnkiem piasku... niczem więcej!
Obudził się rozgorączkowany i drżący, a że dzień był jak wół, przybrał się mało wiele i chwyciwszy pod rękę Szekspira, do dyrektora pobiegł.
Dyrektor w skarpetkach uwijał się po kuchni, dmuchając w samowar i szykując szklanki. Błyszcząca para świeżo wyczyszczonych butów stała na kuchennym stole.
Kaputkiewicz wpadł jak wicher.
— Panie dyrektorze dobrodzieju! — krzyknął już od progu. — Albo dajemy «Burzę», albo szelma imię moje.
Tu uderzył się w piersi, aż echo jękło.
— Ciii...cho! Ciii...cho — zaświstał przez szparę w zębach pan dyrektor. — Obudzisz jegomość Magdusię, do licha!