Strona:Moi znajomi.djvu/064

Ta strona została uwierzytelniona.


szeregi kół i kółek, rozchodzących się coraz dalej, dalej...
W czasie tych ćwiczeń swoich, miał on zawsze przy sobie całą armią dzieciaków, czego się wszakże zdawał nie spostrzegać wcale i wtedy dopiero, kiedy po mistrzowskiej «kaczce» podnosił się wrzask uwielbienia — stary spoglądał, jakby przebudzony, stulał wychudłe ramiona, grzbietu naginał i wracał do swojej izdebki.
Dawniej, dla powiększenia swych nędznych dochodów, podejmował się robót postronnych zniżał się nawet niekiedy aż do malowania szyldów. Teraz porzucił wszystko, aby pracować na sławę. Nie dojadł, nie dospał, cierpiał niedostatek wszelaki. Wychudł tak wreszcie i zczerniał, że ci, co go dawniej nazywali «zaschłym pendzlem», przyszli teraz do wniosku, że porównanie nadto jest pochlebnem.
Dzień przechodził na pracy pośpiesznej, gorączkowej, noc na bardziej jeszcze gorączkowych próbach i marzeniach. Ukradkowe narady z dyrektorem podsycały jeszcze ten ogień trawiący duszę i ciało starego dekoratora. Postanowiono rzecz całą trzymać w tajemnicy dopóty, dopóki Kaputkiewicz nie wynajdzie takiej maszyneryi, któraby malowanej wodzie