Strona:Moi znajomi.djvu/068

Ta strona została uwierzytelniona.


kryciu i upojony przyszłą sławą tak, że się niemal końcem nosa na przechodniów natykał.
Dawniej, wczoraj jeszcze, byłby każdego za podobną nieuwagę najpokorniej przeprosił. Ale dziś... Dziś zdawało mu się, że ma szczególny przywilej nie zważania na nic i na nikogo.
Nie byłże wielkim wynalazcą, twórcą olbrzymiego przewrotu, co mówię, twórcą nowej w dziejach teatralnych ery? Nie byłże Kaputkiewiczem, który «fecit» morze?
Gdyby ci ludzie wiedzieli, jaką myśl niesie w swej głowie, czyliżby mu się nie usuwali z drogi z pełnym admiracyi szeptem: «Kaputkiewicz... Kaputkiewicz idzie».
Nazwisko to, które w porównanin z takim np. Wellingtonem, wydawało mu się dawniej nieco pospolitem, przybrało teraz w jego wyobraźni wszystkie cechy tych wielkich, wyrocznych imion, które w dziejach ludzkości stoją niby zdala widne piramidy.
— Kaputkiewicz... Kaputkiewicz... — powtarzał w myśli z razu, potem szeptem, potem półgłosem, z coraz gorętszym, modlitewnym niemal, akcentem czci i uwielbienia, a uszy jego upajały się tym dźwiękiem jakby najsłodszą muzyką.
Zamilkł wreszcie, gdyż wrażenie stało się aż