Strona:Moi znajomi.djvu/069

Ta strona została uwierzytelniona.


bolesnem niemal i nad jego siły. Wyprostował się tylko, podniósł brwi, oczy do połowy powiekami przysłonił, policzki zapadłe wydął i usiłował podać naprzód pierś zaklęsłą, tudzież wciągnięty we własne otchłanie żołądek. Usiłowania te wszakże nie odnosiły należytego skutku, a pan Prosper zadowolić się umiał nadmiernem wyciągnięciem długiej, chudej szyi, jakoteż podniesieniem do możliwej wysokości śpiczastego nosa i dawno nietkniętego brzytwą podbródka.
Żałował tylko, że tak mało ludzi spotyka go w ulicy. Gdzie siedzą? W jakich mysich jamach wszyscy się pochowali do licha?
Wprawdzie wczoraj jeszcze okrążał rynek z daleka, tyłami się przebierając na ulicę Teatralną, byle tylko «nie leźć w oczy nikomu», jak mówił... Ale co innego było wczoraj, co innego jest dziś.
Tu przyszło mu na myśl, że istotnie marnuje się w tem «miasteczku». To nie Warszawa!
W tej chwili właśnie przechodził koło piwiarni, której właściciel stojąc w progu w grubo watowanym tołubie huknął mu basem «dzień dobry». Kaputkiewicz przyjął to pozdrowienie z niesmakiem. Uchylił czapki, usta skrzywił, niby do uśmiechu i kiwnął głową. Czuł się w nie-