Strona:Moi znajomi.djvu/070

Ta strona została uwierzytelniona.


miły sposób dotkniętym poufałością «szynkarza». Znajdował ją wprost nieprzyzwoitą. W Warszawie, nie zdarzyłoby się nic podobnego. Tam umieją cenić ludzi.
Istotnie, czego on tu siedzi? Na co czeka? Co tu za przyszłość dla niego? Genialne pomysły rozwijają się należycie tylko w świetle wielkich ognisk sztuki...
Zdanie, to, które mu tak szczęśliwie na myśl przyszło, wyczytał był Kaputkiewicz w jakiejś krytyce teatralnej wielkiego stylu, której autor obficie się zapożyczał z magazynu ogólników.
Teraz wszakże stary maszynista dałby sobie głowę uciąć za to, że jest ono własnym jego, jak najoryginalniejszym pomysłem, i aż przystanął, aby je sobie raz jeszcze powtórzyć. Był po prostu olśniony. Dokopał się widać jakiejś złotej żyły w swym mózgu. Kto wie, co jeszcze wymyśleć może.
Przebiegał w pamięci różne znane sobie odkrycia i żałował, że je ludzie przed nim już zrobili. Druk, kolej żelazna, telegraf, wydały mu się dziecinną igraszką.
Czuł, że wynalałby je jak nic, gdyby jeszcze wynalezionemi nie były.
Wszak stworzył — morze!