Strona:Moi znajomi.djvu/071

Ta strona została uwierzytelniona.


Mijał teraz wystawę fotografa na zakręcie ulicy i to nadało myślom jego inny kierunek.
Zaraz potem będzie miał gruby wydatek. Będzie się musiał fotografować w małym i dużym formacie. Winien jest tę pamiątkę potomnym. Może nawet wypadnie fotografować wnętrze izdebki, w której mieszka. Jego stary kuferek krajczakiem nakryty, jego łóżko, stolik, fajkę, szlafrok, gitarę... najmniejszą drobnostkę, której używał, której się dotykał.
Ta myśl rozrzewniła go. Zdało mu się, że od śmierci jego upłynęły długie, długie lata, i że widzi pielgrzymujące do izdebki swojej późne pokolenia, które tu wstępują z pochyloną głową, wstrzymanym oddechem i bijącem sercem...
Błogi smutek napełnił jego duszę, a zamglone oczy patrzyły daleko przed siebie.
Tak przeszedłszy kilkanaście kroków zawrócił się i stanął przed wystawą fotografa niepewny jaki wyraz w stanowczej chwili nada obliczu swojemu.
Najodpowiedniejszą wydała mu się maska głębokiego myśliciela, badacza. Ściągnął tedy czoło w grube fałdy, brwi zsunął, spojrzenie zaostrzył i wytężył w przestrzeń. Ale zaledwie przybrał ten wyraz twarzy, kiedy zdało mu się,