Strona:Moi znajomi.djvu/083

Ta strona została uwierzytelniona.


Tu cisnął na stół swój wypchany pugilares.
— Chcesz kapoty? — Bierz kapotę!
Tu zaczął ściągać z rękawów bekieszę. Kaputkiewicz bił się w piersi, ściskał, przepraszał, aż nareszcie stanęło na tem, że pojutrze jadą.
Noc już była i po dniu mroźnym zerwała się śnieżyca, kiedy stary maszynista powrócił do swojej nieopalonej izdebki. Wiatr powiewał jego wytartym surdutem, ale zapał i nadzieja ogrzewały go i napełniały mu pierś błogiem ciepłem. To, co dziś przeżył, to, czego dziś doznał, przesuwało się w jego mózgu czarodziejskim, tęczowym obrazem.
Dziwna rzecz. Pan Ignacy, jego starka, jego niedźwiedzia szuba, a nawet zamierzona podróż, nie miały dla niego tej rzeczywistości, takich wyraźnych dotykalnych kształtów, co owa pełna upojeń halucynacya przed wystawą fotografa. Dość mu było przymknąć oczy, alby znów przed sobą zobaczyć te tłumy, uniesione najwyższym zapałem. Odróżniał nawet niektóre fizyognomie znanych sobie osób. Widział wyraźnie powiewające chustki dam, a pomiędzy laskami, któremi stukali mężczyźni, spostrzegł srebrną gałkę, osadzoną w formie gruszki na kiju prezydenta.
Wrażenie było tak potężne i tak nieodparte,