Strona:Moi znajomi.djvu/084

Ta strona została uwierzytelniona.


że Kaputkiewicz uznał konieczną potrzebę dania mu jakiegoś wyrazu na zewnątrz.
Chwycił pędzle, stanął przed stalugą i przy kopcącej lampie gorączkowo szkicować zaczął projekt transparentu, który nazwisko jego miał połączyć na wieki z nieśmiertelnem imieniem Szekspira.
Ręce mu zgrabiały, nogi jak kość zziębły, oddech szedł w powietrze nieogrzanej izby silnym słupem pary, a przecież stary maszynista nie rzucił roboty dopóty, dopóki na sztaludze nie błysło w chmurach piorunowym wężem:
«Kaputkiewicz fecit».
Wtedy rzucił się na swój twardy tapczan, a otuliwszy wynędzniałe ciało starym kratkowanym szlafrokiem, zasnął przy wspomnieniu wstrząsających miastem oklasków, których echa w mózgu jego drgały.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Był dzień parny, godzina południowa, słońce piekło niezwykle w tej porze roku, kiedy Kaputkiewicz w rozpiętym surducie i jak szmigą machając ręką, w której niósł kapelusz, szedł wielkim krokiem po wysadzonej akacyami drodze, która przecina Lido, a idzie do morza.
Od rana już dziś niebo nie było zupełnie czyste, ale jakby zachuchane lekkiemi parami.