Strona:Moi znajomi.djvu/108

Ta strona została uwierzytelniona.


skie, oszczekując je zajadle i znów wszystko cichło, wiatrak nawet stał nieruchomy na piaszczystem wzgórzu. Tylko modre wiosenne żuki lecące z wielkim zapędem w ostatni skraj zachodniej łuny, przecinały furcząc, powietrze, w którem tu i owdzie majaczyły lekkie, z świeżo zoranej ziemi idące opary, zbijając się w tuman nad łąką. Wtedy zobaczyłam spiesznie, na przełaj przez pastewnik idącego człowieka, który pod krzyżem przydrożnym klęknął, ziemię ucałował i podniósłszy obie ręce modlić się zaczął. Podszedłszy bliżej, zobaczyłam, że jest to Ksawery, już przybrany w swoje letnie «ornaty», jak je nazywał, z torbą przez plecy i z ową zakrzywioną berlicą tuż obok leżącą. Bose jego pięty sterczały za nim w smudze miesięcznej jasności, podobne do tych stygmatyzowanych stóp, które widzimy w ołtarzach, rozwiany chałat szeroko okrył czarną jeszcze ziemię, w tył przechylona, szczeciniastym żółtawym włosem pokryta głowa, zdawała się błyszczeć złotym kręgiem, a szeroka nieruchoma twarz jego była światłem srebrzystem zalana.
Nędzarz ten, ten śmieszny, idiotycznie uśmiechający się do ludzi człowiek, wyglądał jak święty w zachwyceniu.
Zaraz zaczął śpiewać. Głos mu się trząsł,