Strona:Moi znajomi.djvu/118

Ta strona została uwierzytelniona.


głową, a oczy stroskane utkwił daleko gdzieś, w pędzonej wiatrem chmurze.
Westchnął potem i rzekł:

— Tak nie długo czekający na nieszpór dzwonią. A no nic. Przedzwonili, idzie matka do kościoła. Jak też poszła, takem zara te wszystkie ubiery, com je od matki miał, ze siebie zewlókł, a swoje ornaty, com je we węzełku na strychu chował, na się pokładłem, pacierz przed matczynem łóżkiem zmówiłem, podłogę w stancyi ucałowałem, kij wziąłem i puściłem się precz, w drogę... Niech tam! — myślę sobie. — Będzie piękniej przed ludźmi... Że to niby, proszę łaski pani, dodał szeptem, matka wdowa wtedy była...