Strona:Moi znajomi.djvu/126

Ta strona została uwierzytelniona.


Łukaszowej, która mu wszelaką folgę gwoli onej róży w nogach dawała.
Stary Warawąs szedł młyn tymczasem opatrywać. Obchodził ganki, oglądał kosze, uczepiał worki, obciągał pytle, dmuchał, trząsł, okurzał, poczem, jakby przypomniawszy sobie coś, ręką machał i nad rzeką stanąwszy, zwieszał głowę, to na wodę bystro, to w pole ku lasowi patrząc.
Powiadał mi Jesionowski, także szlachcic czynszowy, rodem z Dębego, z uniejowskiej hordy idący, że pięć, sześć lat temu, «Stary młyn» wówczas po prostu «Balcerówką» zwany, tężej jeszcze robotę machał, niż teraz nowy. Wielkie zaś koła, szeroką szczeblowiną zębate, tak srodze zapędne miał, że zdala, z daleka, słychać było warkot jego nieustanny a gromki. Droga też do młyna wyjeżdżona była czyście, a piasek, przemieszany na niej co dnia dziesięć razy, nie zatrzymał śladu wczorajszego kopyta albo racicy, tak wozy, coraz nowe szły, jedne o drugie zawadzając osiami, jedne przez drugie spiesząc. A jak postawały, to jak na kiermaszu było ludu, i sprzężaju i zboża. Na przydróżkach nawet nie utrzymało się źdźbło trawy, tak ją wydeptały baby, po ćwiartce, co biedniejsze, na plecach do młyna ziarno niosące. Procesyą to