Strona:Moi znajomi.djvu/127

Ta strona została uwierzytelniona.


wszystko ciągnęło ze Zdun, z Małej i Wielkiej Leźnicy, z Tumidaja, z Tędowa, z Podłęża, z Parsk, ze Zbylczyc, z Grodziska, z kolonii, z dworów, Bóg wie skąd. A młyn huczał a huczał i trząsł się i zgrzytał i z sykiem i szumem wodę kołem rwał i piany garnął i rozpryskał, aż dylowina dębowa w nim drżała, a deski ganków i pomostów jęczały w sobie, jak żywe.
A jakie tam mąki szły, jakie kasze, jakie donsty, jakie szruty, jak żubrowane ziarno, to na podziwienie ludzkie. Dość powiedzieć, że wędrowna, młynarska czeladź do Balcerówki, jak na ogranicę ciągnęła, by się na ten ład piękny i na tę sztukę popatrzeć a i pouczyć co nieco.
W niedzielę za to ucichał ten cały gwar, cały ten łomot i tartas, a wtedy słychać było od samego rana cienki głosik Julisi, pana Balcera pięknej jedynaczki, która szeleszcząc swoją niebieską, świeżo wyprasowaną sukienką, po izbach się zwijała, albo w ogródku przystanąwszy, malwy różowe rwała, śpiewając wesoło:

Pasła panna, pasła panna
Prześlicznego pawia...

albo znów żałośnie:

Śliczne gwoździki, piękne tulipany,
Gdzieżeś, ach gdzieżeś, Janku mój kochany!