Strona:Moi znajomi.djvu/138

Ta strona została uwierzytelniona.


— A co? Poszli? Przepadli? Nie widać?
— Nie widać — odpowiedziałam, nie odwracając głowy.
— Bodaj ich! — zamruczał stary.
Poczem nagle, pochyliwszy się ku mnie, rzekł:
— A to, pani moja, cała bieda z takiego mi, jak owi tam, poszła...
Urwał — i jeszcze próbował, czy mu dusza zmilczy — ale słowa nagłą falą na usta mu się rzuciły. Odetchnął tedy głęboko i tak mówił z cicha:
— Wędrował, a no wędrował. Hans mu było imię. Od pruskiej granicy szedł, od Elbląga, czy co... A młyn wtedy na okolicę był głośny, nie trza mówić, wszyscy o tem wiedzieli. Tak się tu i został. Takie «reisery», wiadomo, po młynach chodzą, nowej roboty szukając i przewąchując co lepszą naukę. U nas to tego obyczaju niema, ale u Niemców jest. A no dobrze. Został, to i został. Czeladnik świeży zawsze się przy młynie przygodzi. Chętny był, rzeźki, do roboty się ostro brał — zostawiłem.
A rok był taki, że niepamiętane rzeczy! Ludzie, jak na odpust jechali i szli, zboża się porodziły okrutne, ziarno sypało aż strach...