Strona:Moi znajomi.djvu/146

Ta strona została uwierzytelniona.


szkach z boku na bok przewracam, jednem uchem śpię, drugiem słucham, ażem z tego wszystkiego wysechł, jako trzaska.
Tak w tem ustawicznem niespaniu i ciężkiem myśleniu nowa mi rada do głowy przyszła. Rozważyłem ją sobie tak i tak, rozmyślałem, wołam dziewczynę i mówię:
— Słuchaj Juliś, pojedziem do chrzestnej, bo się już stęskniła za tobą.
A mieszkała ta chrzestna, niby moja kuma, coś ze cztery mile od naszego młyna. Zapłoniła się jedynaczka moja, ale nic nie śmiała rzec, tylko oczy, jak te dwa bławaty opuściła i pocałowawszy mnie w rękę, spytała:
— A na długo, tatuńciu?
Ukłuło mnie to zapytanie, jako żądłem w serce, alem się rozśmiał tylko:
— Na dwa dni z jutrem — odrzekłem, chociem w głowie wcale co inszego osnuł.
Ano, zawiozłem dziewczynę. Trzy dni siedziałem i gadałem z kumą. Jużem i o zyski i o robotę nie dbał... A czwartego, kiedyśmy się już umówili, jak i co, świtaniem — dziewczyna moja spała jeszcze — wstałem, zaprzągłem szkapę i wróciłem do domu sam.
I co to zdrada!
Tom nie śmiał, pani moja, wróciwszy, szwa-