Strona:Moi znajomi.djvu/159

Ta strona została uwierzytelniona.


stałam w te wasze bociany... ciszej Djanka! I we wszystkie inne kłamstwa! I dlatego to postanowiłam sobie tylko takich lokatorów do domu mojego przyjmować, którzy nie mieli, nie mają i nie będą mieli dzieci... To jest kontraktami zawarowane... O tak mój drogi... Wiem, wszystko wiem! Od dziesięciu lat już wiem!...
Mówiła to szybko, wzruszonym i przyciszonym głosem, po którym przebiegało lekkie drżenie, a ciemny karmin zaszedł jej aż pod skronie.
— Od dziesięciu lat! Aż tak dawno! Cha! cha! cha! cha! Ależ cioteczko! Na miłosierdzie boskie nie wytrzymam... Cha! cha! cha! A toćże moja Anulka...
— Tylko ty bądź cicho! Proszę cię, bądź cicho! — mówiła stara panna gorączkowo — bo znów gotów jesteś głupstwo jakie powiedzieć.
— Ależ cioteczko! — perswadowałem, poskromiwszy się nieco. — Teraz w bociany nie wierzą nawet pensyonarki...
— Już ty mi tylko nie mów nic, nic nie tłómacz — broniła się panna Konstancya. — Uszy mi więdną od twego gadania!
— Więdną? Ależ przeciwnie! Ja widzę, że się one prześlicznie rumienią. Ot to lewe na-