Strona:Moi znajomi.djvu/162

Ta strona została uwierzytelniona.


— Acha!... matce tam! — odparła Wojciechowa, ruszywszy ramionami — taka matka będzie ta akurat czekała, aż jej kto dzieciaka odniesie...
— O ja nieszczęśliwa! — jęknęła stara panna. — No to je weźcie, połóżcie gdzieindziej, wynieście z domu, tylko aby niech tutaj nie będzie!
— Ależ cioteczko! — rzekłem, patrząc łagodnie w jej przerażone, latające jak jaskółki oczy. — Czyż podobna wyrzucić z domu dziecko, żeby zmarzło? Wszak to zimno, mróz! A może jeszcze głodne, nagie...
Stara panna poczęła drżeć na całem ciele.
— Boże miłosierny, Boże miłosierny! — szeptała składając ręce jak do modlitwy...
— No i jakże proszę pani. Mam go brać, czy nie brać? Tak piszczy, co strach...
— Moja Wojciechowa — idźcie — stójcie — czekajcie! Boże, Boże zmiłuj się! Julek! Możebyś ty go zabrał?
— Ja? W Imię Ojca i Syna. Cóż znowu? Moja cioteczko! Mógłbym jeszcze wpaść w jakie niepotrzebne suspicye u mojej żony. Ja nie mogę, w żaden sposób nie mogę...
Tymczasem jakaś litościwa dusza stanęła we drzwiach w przedpokoju.
— A zróbcież co Wojciechowa z tym dzie-