Strona:Moi znajomi.djvu/164

Ta strona została uwierzytelniona.


— Ależ dobrze, dobrze! — uspakajałem jej dziewiczy przestrach. — Przecież mi osobiście tak bardzo o to nie chodzi...
— Chłopak, proszę pana, — odrzekła tryumfalnie Wojciechowa — będzie już chyba miał ze dwadzieścia niedziel. Łepski dzieciak!
Podszedłem do starej panny, która odbiegła od nas tuląc się w kącie saloniku, z jakiemś febrycznem drżeniem.
— Ale pójdźże cioteczko — rzekłem ujmując jej rękę. — Nie bójże się! Przypatrz się temu malcowi! Nie taki dyabeł straszny, jak go malują. To wcale ładny dzieciak...
— Mój Julku, o jedno cię proszę! — mówiła do mnie z pałającemi oczyma. — O jedno cię proszę: wyrażaj się skromniej! Dzieciak... dzieciak... Czy nie mógłbyś tego nazwać inaczej?
Parsknąłem śmiechem.
— Inaczej? A to mi się podoba! Jakże ja to będę nazywał inaczej! Kartofel, czy jak u licha...
— Ale! — pochwyciła Wojciechowa — kiej dzieciak, to dzieciak. Wiadome rzeczy...
Stara panna zacisnęła usta i spuściła oczy.
— No, cioteczko, pójdź go zobaczyć. Zrób to dla mnie, proszę ciebie.
Opierała się, ale pociągnąłem ją za sobą.