Strona:Moi znajomi.djvu/204

Ta strona została uwierzytelniona.


jąc mu miednicę z wodą. Chłop wziął ją w ręce i zaczął przestępować z nogi na nogę. Felczer przygotowywał gąbki i płótna, kaszląc i plując w dość niemiły sposób.
Doktór odwrócił się raz jeszcze.
— Panowie będą łaskawi wyjść — rzekł krótko do rozmawiających pod oknem gości. Spojrzeli po sobie, jeden i drugi wzruszył ramionami, pan palący cygaro uśmiechnął się sceptycznie.
— Jak wyjść, to wyjść... — rzekł gruby szlachcic i pierwszy posunął do drzwi: za nim drudzy.
— Potrzebne z chłopem takie ceregiele! — przemówił pan z cygarem, kiedy już byli za drzwi wyszli.
W tej chwili doktór spojrzał na mnie jakimś niezdecydowanym wzrokiem.
— Pani... — zaczął wahająco, — pani może zostać — dokończył niespodzianie.
Nie widział, że w kątku zostało także dziesięcioletnie dziecko, najstarszy syn domu.
Zaczął się opatrunek. Kiedy odwiązano chustkę, Józik jęknął raz tylko i omdlał. Cisza była taka, że słychać było brzęk muchy latającej po szybach w oknie. Doktór wydawał polecenia krótkie, monosylabowe.