Strona:Moi znajomi.djvu/205

Ta strona została uwierzytelniona.


— Nożyczki... płótno... gąbka... niżej... wyżej...
Karbowy stał, jak mógł najdalej od łóżka, wyciągnąwszy przed siebie ręce z miednicą pełną krwi, w całej ich długości.
Przymykał on od czasu do czasu oczy i odwracał głowę. Po niejakiej chwili zbladł bardzo, a ręce trząść mu się zaczęły.
— Wielmożny panie, — rzekł zmienionym głosem. — Niech kto bierze, bo padnę...
Gospodarz obejrzał się, nie było nikogo. On sam podpierał poduszki i trzeźwił rannego.
— Ja, tatku! — przemówiło wtedy proszącym głosem dziecko, a wysunąwszy się z kąta, podeszło do łóżka, śmiało ujmując w cienkie rączyny swoje ową krwawą misę. Na jego siły był to ciężar znaczny, chłopiec wszakże trzymał ją krzepko, wpatrzony w Józika szeroko otwartemi oczyma. Karbowy runął we drzwi, zataczając się, jak pijany.
W tej chwili chory znów jęknął i otworzył oczy. Otworzył, poruszył ustami i zdobywając się z widocznym trudem na przytomność, zatrzymał wzrok na dziecku.
Dziecko patrzyło także, szeroko, uparcie, jakby urzeczone. Któż wie, co tam sobie powiedziały te dwa krzyżujące się spojrzenia, z któ-