Strona:Moi znajomi.djvu/206

Ta strona została uwierzytelniona.


rych jedno miało wyraz wielkiego, poważnego zdziwienia, a drugie śmiertelnej męki.
— Józik, — zdawały się mówić oczy dziecka — Józik przez co ty umierasz? Dlaczego?
— Oj, paniczu — skarżył się gasnący wzrok Srokacza — oj pożałowali wy kilka łokci desek... oj niedużo, a pożałowali... Przez to ja umieram... dlatego...
— Józik! — mówiły znów coraz szerzej otwierające się oczy chłopca. — Józik! a gdzie twoja ręka?
— Oj, została się tam ręka moja, paniczu — odpowiadało spojrzenie Srokacza, — gdzie ja robił dla was... gdzie pracował dla was... dobra, chleba dla was dobywał... Oj została się na piasku, cała krwią ciekąca...
Powieki dziecka zaczęły drżeć lekko, głęboka zmarszczka wystąpiła mu na czoło i dwie wielkie, jasne łzy, padły w krwawą misę.
Ranny zamknął oczy, z głuchym, przeciągłym jękiem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

We dwa tygodnie potem Józik dogorywał.
Godzina była ranna, izba pełna bab, które dowiedziawszy się, że ksiądz z Panem Jezusem do Józika jedzie, przybiegły, jak która stała, z dziećmi na ręku, porzuciwszy garnki i miski