Strona:Moi znajomi.djvu/207

Ta strona została uwierzytelniona.


w kominie, a teraz zbite w kupki, szeptały półgłosem pacierze, wzdychając i ucierając nosy
Drzwi otwierały się i zamykały ciągle, ludzi przybywało coraz to więcej; każdy z wchodzących mówił w progu: «niech będzie pochwalony», a szmer zmieszanych głosów odpowiadał: «na wieki wieków». Tworzyło to jakąś dziwnie przejmującą litanią, która w krótkich przestankach na kilkadziesiąt głosów odmawiana była. Przestanki wypełniała rozmowa. Świeżo przybyli dopytywali się o chorego, ci, którzy przyszli dawniej, gadali o potocznych sprawach, wzdychając wszakże od czasu do czasu, lub kiwając głową. Ani wzdychać, ani gadać, nie bronił już im teraz przy Józiku nikt... I tak go wkrótce miała ogarnąć cisza wiekuista. Ci, co nie zdążyli przyjść na czas, kiedy ksiądz oleje święte na Józika kładł, i nie widzieli jak matka jego, rzuciwszy się na ziemię, głową o podłogę tłukła, krzycząc i zawodząc, pocieszali się tem, że zobaczą przynajmniej, kiedy chłopak konać zacznie. Coraz też która z bab wspinała się na palce i przez głowy kumoszek ku łóżku patrzyła. Na łóżku leżał Józik z zamkniętemi oczyma, których pociemniałe i zapadłe powieki tworzyły wśród woskowo-żółtej twarzy dwie sinawe plamy. Gęstwa ciemnych, odrzuconych od