Strona:Moi znajomi.djvu/208

Ta strona została uwierzytelniona.


zaklęsłych skroni włosów odkrywała pożółkłe, przerznięte paru poprzecznemi zmarszczkami czoło, około ust spalonych gorączką widne były głębokie, bolesne bruzdy. Po zaostrzonych rysach twarzy ślizgał się i chwiał żółty odblask zapalonej w głowach łóżka gromnicy, a jedyna, bezkrwista prawie i wyschła ręka leżała na piersiach poruszanych rzadkim, głębokim, kończącą się już pracę płuc zapowiadającym oddechem. Noc spędził dziś Józik bardzo niespokojnie. Zrywał się, wołał na konie, chciał iść do matki po czystą koszulę, i narzekał, że musi rznąć sieczkę, a jego ręka boli, oj boli... ta prawa.
Skaleczył się w nią wczoraj... nie, łońskiego lata, kiedy paniczowi biczysko strugał... Z osiki go strugał, z żałosnego drzewa, co choć drzewo, a zatrzęsło się w sobie, kiedy Pan Jezus konał... Oj konanie! konanie, ciężkie bojowanie!.. Jak zastrugał gałąź, polała się z niej krew... na kożuch mu się polała, na lejbik, na koszulę... cała kałuża krwi... O jak ta ręka boli! O jak cięży! O!...
Z jękiem upadał na poduszki, a po chwili znów się zrywał i majaczył. Była no bardzo ciężka, prawdziwie męczeńska noc. Nad ranem dopiero ochłodła mu głowa, zażądał pić i zasnął. Spał może ze trzy godziny, a po przebu-