Strona:Moi znajomi.djvu/212

Ta strona została uwierzytelniona.


oddaję i z Bogiem ostawiam, za wszystko dobro dziękujący, a o pochów proszący. Amen.
— Józik! Józik! Ty co?... ryknął płaczem gospodarz i na piersi mu się rzucił. Toż ty przezemnie umierasz, marnie ze świata schodzisz! Przez te głupie deski, co ich u kierata nie było! Józik! bój się Boga, bo mi serce pęknie! Nic nie chcę! nie przyjmę! Udławiłbym się chlebem z twego pola! Nic nie chcę! Pochów ci, jak rodzonemu synowi sprawię, Bożą mękę, krzyż w tem miejscu, w podwórzu, postawić dam!... Józik bój się Boga!...
Chwilę było słychać tylko płacz ogromny.
— Oj, nie trza, panie, — przemówił wreszcie zmienionym głosem Józik — nie trza! Już tam była męka i krew była... Już tam Pan Bóg miłosierny ręką swoją przenajświętszą krzyżyk dla mnie położył... A jabym spokojnego sumienia nie miał... Jabym... Niech ino pan pisarz prędko papier wedle podpisu daje...
Mówił coraz ciszej, z widocznym wysiłkiem: pot mu wystąpił na czoło, głos się rwał, w piersiach zaczęło chrypieć.
Wyciągnął jednak rękę po papier, a gdy mu ją podparto, trzy krzyże pod testamentem swoim postawił; nie przestał wszelako płonącemi oczyma za nim wodzić, póki go nie pod-