Strona:Moi znajomi.djvu/222

Ta strona została uwierzytelniona.


Maryśka popatrzała tylko na chłopaka, i jakby przypomniawszy coś sobie, koszyk z kartoflami wysunęła z kąta, żelaźniak ustawiła przy nim, stołek i skrobaczkę chwyciła, kiedy naraz wskroś słabnącego wycia wichury dało się słyszeć dalekie, stłumione bębnienie.
Wyprostowała się nagle jak struna, stołek i skrobaczkę puściła i z wyciągniętą ku oknu szyją stanęła jak skamieniała.
Jaskrawa, na wierzchu głowy związana chusteczka, zesunęła się z jej ciemnych włosów; śniada, szczupła twarz, po rembrandtowsku oświetlona z jednej strony pełnym blaskiem ogniska, a z drugiej w zmierzchu tonąca — wyrażała jakieś bezbrzeżne zdumienie, a piwne, złotawe, głęboko zapadłe oczy, z osłupieniem patrzyły w kłębiącą się poza oknem śnieżycę.
Co prawda, to już ludzie od kopania kartofli, ba, od grabienia siana gadali, że Antek o dziewuchę Sekurów uderzyć myśli. Ale nie wierzyła temu, nie mogła uwierzyć. Zdawało jej się, że w ostatniej chwili coś się przeciwnego stanie i że on, jej Antek...
Dech jej w piersiach zaparło, otworzyła kilka razy usta, żeby zachwycić powietrza, w oczach jej cości migotało, a nogi się pod nią trzęsły.
A kiedy tak stała w ubogiej swojej krótkiej