Strona:Moi znajomi.djvu/226

Ta strona została uwierzytelniona.


chnów po kawale ciasta urwawszy, świniom ciasto ono w pomyje z największą pasyą rzuciła. Poczem odcedziwszy ów drugi sagan, z wielkim go pędem nazad do komina poniosła. Na drodze jej siedział beczący dzieciak.
— Umykaj! — wrzasła, idąc wprost na niego.
Ale dzieciak nie myślał się ruszać. Wtedy go nogą jak psiaka kopnęła tak, że aż w kąt pod stół zaleciał i rozbiwszy głowinę o dębowy krzyżulec, drzeć się w niebogłosy począł.
— Cichoj! cichoj, Jantoś! — odezwał się wtedy Jędrek, który przez cały ten czas złośliwemi oczyma za Maryśką wodził. — Cichoj, cichoj, przyniosę ci z Antkowych zmowin kukiełkę.
Zapaliła się jeszcze większym żarem na twarzy Maryśka, a chwyciwszy w ramiona chłopaka, zatrzęsła nim w powietrzą krzycząc syczącym głosem:
— Będziesz ty cicho, bąku zatracony!... Będziesz ty cicho?...
Ale chłopak wrzasnął mocniej jeszcze.
Wtedy Maryśka, jak go trzymała, tak drzwi nim pchnęła, i wyleciawszy przed kuchnię, w sam środek wielkiej kupy śniegu, którą pod kasztan od progu, po nocnej zadymce, odmiotły chłopaki, rzuciła.
Brudne koszulątko aż mu głowę okryło,