Strona:Moi znajomi.djvu/237

Ta strona została uwierzytelniona.


gaczkę, niechże się i ta chudoba czymniebądź zasili.
Chwilę po tej przemowie trwało milczenie. Parobcy pootwierawszy gęby, ważyli sobie w myśli Jeronimowe słowa, jak tam którego było rozumienie, dziewki znów wzdychać zaczęły. Jeden tylko Jędrek, który zawsze w opozycyi stawał, przymrużył filuternie siwe oczy i rzekł:
— Jeronim rajcuje, bo sam za Górczyną, nie za dziewuchami patrzy, a Górczyna, wiadome rzeczy, choćby i co, to kartofli nie weźmie, jeszcze prędzej sołtysowych dosypie...
Spłonął na twarzy czarniawy Jeronim, ale że chłop był nadewszystko roztropny, więc splunął tylko szeroko, a nacisnąwszy czapkę na uszy, zwolna z kuchni wyszedł.
Za nim wysunęli się inni.
Tymczasem Maryśka, do kopczyka Antkowego dopadłszy, zaczęła z niego śnieg motyką odgrzebywać, dobierając się mozolnie do zmarzniętej ziemi.
Ciężka to była praca. Zadymka w same oczy miotła, mróz ciało przejmował i drętwił, wichura ledwo ustać na nogach dawała.
W powietrzu leżała ta ciemność biaława, do gęstej mgły podobna, której mniej jeszcze dojrzeć pozwala, niżeli noc czarna. Jak szerokie