Strona:Moi znajomi.djvu/238

Ta strona została uwierzytelniona.


i dalekie pole, od Piotrowa, od Kobylnik, od Biernacic, porywały się z ziemi śnieżyste tumany i z wizgiem pędziły przed siebie. Trudno było oddychać, trudno oczy w tej zamieci otworzyć. Za stodołą nawet, gdzie kopczyk stał, miotło tak prawie, jak i na golaźni. Co jeden tuman przeleciał, to już drugi, wyjąc, słup sypkiego śniegu kręcił; nie można było zgoła pomiarkować, z której strony większy impet idzie, tak szeroko polem rwało, to umiatając je po górkach do czysta, to sypiąc śnieżną ławicą, a od boru taki trzask szedł i taki łomot straszny, jakby się tam wszystko het precz waliło.
Załzawione oczy dziewczyny obeszły u rzęsów szronem, para przy nozdrzach jej marzła, pył śnieżny wichrem niesiony, dławił ją i dusił. Nie zważała na to, ale zarzuciwszy worek na głowę, z wielką siłą rozbijać zaczęła głęboko zamarzłą ziemię. Nogi jej dygotały, zgrabiałe ręce ledwo mogły utrzymać motykę, której głuchym uderzeniom odpowiadał z drugiego końca wsi huczący na zmowach Antka z Sekurzanką bęben. Ten bęben dwoił jej siły. Póki go słychać było, póty w ziemię biła z wielkiej mocy, gdy umilknął, podnosiła głowę, nasłuchując. Dyszała wtedy ciężko, na czole jej występowały głębokie, podłużne bruzdy, wąskie wargi zaci-