Strona:Moi znajomi.djvu/243

Ta strona została uwierzytelniona.


Stanęła w progu Maryśka pod ciężarem swoim o odźwierek oparta, i chwilę słuchała, jakby nieprzytomna. Zaczem cisnąwszy worek i motykę na sporą już kupkę usypanych przy maglach kartofli, rzuciła się na nią z załamanemi rękami i wielkim głosem ryknęła:
— Antek!... mój Antek!... mój Antek!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W kilka miesięcy coś potem — Maryśka już dawno nie służyła we dworze — dowiedziałam się, że leży ona chora na tyfus u matki swojej, starej Jędrzejki, która na komornem w chałupie Stasiaków siedziała. Kiedym do izby weszła, usłyszałam płacz dziecka i stukot biegunów kolebki. Kolebka z paru deszczułek, nędznie sklecona, ustawiona była tuż przy łóżku, na którem leżała Maryśka. Na brzeżku kolebki siedział «Jantoś» w równie brudnej jak dawniej, tylko nieco krótszej koszulinie, i odbijając się bosą piętą od ceglanej podłogi, kołysał dziecko piszcząc monotonnym głosem:
«Aaa—a!... Aaa—a!...»
W całej izbie znać było wielką biedę.
Maryśka odwróciła głowę od ściany.
Twarz miała zapadłą, oczy gorączką błyszczące, ciemne rumieńce na wychudzonych policzkach.