Strona:Moi znajomi.djvu/255

Ta strona została uwierzytelniona.


kazania jego nawet damy z Framugi chodziły; Framużaków zaś «Kordecki» z żołnierskiego animuszu był głośny. Nabożeństwo jego kończyło się krótko. Stawał pod kapliczką, w białej komży, z wyciągniętą ręką, w którą mu kropidło włożono, podczas gdy Staś, za organistę służący, śpiewał.
I na tem się kończyła cała ceremonia. Krótko a dobitnie, prawdziwie po żołniersku.
Kapelan Framużaków był wielkim myśliwcem, ale i ksiądz wikary nie lubił za piecem siedzieć — owszem, w różnych imprezach brał udział. Pewnego razu tak go nawet poturbowano, że mu cały nowy korpus dorabiać było potrzeba. I wtedy to zrodziła się w Szkatule kwestya (dziewięć na dziesięć daję, że pierwsze podniosły ją «damy»), czy kreowany w ten sposób nowy obywatel żenić się może, czy nie może?...
Pamiętam, było to przy rannej kawie, spóźnionej nieco z powodu gości z miasta, kiedy zjawiła się przedemną delegacya z powyższem pytaniem. Zaczęliśmy je tedy roztrząsać z rozmaitych punktów, ale zdania były tak podzielone, że jednomyślności w żaden sposób osiągnąć nie było można. Wreszcie, po długiej naradzie, większością głosów rozstrzygnięto, że ponieważ w głowie to właśnie mieściła się świa-