Strona:Moi znajomi.djvu/291

Ta strona została uwierzytelniona.


gęste krople na duszyczki czyścowe, wynurzające się u spodu karty z morza piekielnych płomieni. Na samym dole spoczywał wąż zwinięty w krążek i trzymający w pyszczku jabłko z dwoma listkami, z rajskiego drzewa zerwane.
Pocieszny to był widok, kiedy Anusia pryskając na rozpostartą do prasowania spódnicę, intonowała:

Rozmyślajmy dziś, wierne chrześcijany.

A «wierne chrześcijany», z których najstarsze miało lat z ośm może, a najmłodsze pięć zaledwie, odpowiadały:

Jako Pan Jezus za nas cierpiał rany,
Jak od pojmania nie miał spoczywania
Aż do skonania...

Epicki ton tej pieśni robił na mnie niesłychane wrażenie. Dreszcz szedł mi po twarzy, po szyi, po plecach, oczy mi się mrużyły, a usta otwierały nerwowem ziewaniem. Dwoje starszych z naszej trójki patrzyło na mnie ze wzgardą. W Wielki piątek szliśmy wieczorem do ogrodu na «rozmyślanie». Wiosenna pełnia zalewała cichem światłem regularnie przecinające się aleje, przy których sztywnymi szeregami stały bezlistne jeszcze drzewa. Rosę czuć było