Strona:Moi znajomi.djvu/297

Ta strona została uwierzytelniona.


głowy. Wtedy padał na krzesło, bił rękoma o kolana, rozpinał sutannę i śmiał się szalonym dziecinnym śmiechem, pokazując białe zęby od ucha do ucha.
Jeżeli wszakże pasyans nie wyszedł, ksiądz brat zadumywał się, wzdychał przez nos i mówił, że to obraża Pana Boga wierzyć takim głupstwom.
Dla siebie Anusia kładła pasyans rzadko i tylko w takie niedziele, kiedy księdza brata nie było. Wtedy to rozłożywszy przed sobą stare pożółkłe karty, podpierała głowę i patrzyła na nie długo, powolnym, jakby nieśmiałym ruchem ręki zbierając i nakładając ich szeregi. Szare jej źrenice stawały się przy tem jaśniejsze i jakby drżały w szeroko otwartych oczach, a turkusowe serduszko w pierścioneczku migało to tu, to tam, na jej wychudzonym palcu. Była to zwykle «krzyżówka», która czy wypadła źle, czy dobrze, niezmiennie się kończyła głębokiem westchnieniem.
Oprócz tej talii, tułało się po oknie kilka kart luźnych z sędziwszej jeszcze i już nieistniejącej. Niedobitki to były armii, która uległa zupełnej rozsypce. Młódki poszły z niej kolejno na kłębki, na tutki z solą, które czasu zimy między okna wstawiano, na lejki, z których