Strona:Moi znajomi.djvu/310

Ta strona została uwierzytelniona.


miast chłopaki rzuciły się na nią, ciskając błotem, ziemią, śmieciem, plując i wyjąc jak stado szatanów.
Wybiegli ludzie z suteren, z kuchni, stary Paweł sztykutał z miotłą do ogrodu. Wtedy Kania podniosła zranioną głowę i zawołała: «Jezu!» Co to był za głos!
W tejże chwili przypadła z ganku Anusia. Zarzuciła na Kanię własną swoją chustkę, pomogła jej wstać i pociągnęła za sobą. Chłopaki wykrzykiwały jeszcze przez chwilę, ale gdy Paweł z miotłą bliżej się posunął, odeszli, świstając i bijąc się nawzajem pięściami po plecach.
Przez kilka dni następnych rzadko widywaliśmy Anusię. Zgorączkowana, roztargniona, załatwiała w milczeniu swoje domowe prace, znikając potem na całe godziny. Gdzie? Po co? Nie mogliśmy się jakoś od nikogo dowiedzieć.
Pewnego razu zarzuciła chusteczkę na głowę, sięgnęła do kuferka po swój wyszarzany woreczek z pieniędzmi i wybiegła na miasto. Po powrocie usunęła na drugi róg stołu wycerowaną bieliznę, a rozciągnąwszy dość grube, z miasta przyniesione płótno, zaczęła krajać koszulę. Pamiętam, że ta koszula wydawała mi się niezwykle długą. Skrajawszy, siadła i szyła pośpie-