Strona:Moi znajomi.djvu/321

Ta strona została uwierzytelniona.


Lata przeszły, a dotąd pamiętam i śpiew ten, i zapach, i te miesięczne widma z nad Mogiłek.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Mamże liczyć wszystkie pola śmierci, jakie oczy moje oglądały? I wszystkie groby, które zabiegały mi drogę i wszystkie ich krzyże?
O śmierci! zbyt wiele miałaś dla mnie darów, abym je zebrać dziś mogła. Znam oblicze twoje ciche i zimne, znam tragicznie spokojne, znam burzliwe i groźne; lecz ty i na burzy umiesz kłaść pieczęć milczenia. Widziałam cię sypiącą mogiły z ziemi czarnej i wznoszącą kamienne grobowce. Wiem, jak zdmuchujesz promień życia, jak gasisz płomień natchnienia, jak rozrywasz tajemniczy wątek istnień. Widziałam cię, spadającą jak orzeł, czołgającą się jak żmija, szarpiącą jak lew, toczącą jak czerw, ulatującą jako motyl biały. Znam robotę twoją czarną i warsztaty twoje. Wiem, jak świdrujesz serca jednym bólem i mózgi jedną myślą, jak strugasz kołyski, w których uśpione niemowlę nie zapłacze nigdy, jak tkasz białe szaty dziewic umarłych i zwijasz im wianki na ostygłe czoła; jak budujesz domy, które człowiek wiecznemi nazywa. Ale nie są wieczne. Przychodzisz i rozburzasz je sama i na ich fundamentach